Nov 25 2009

A crazy little thing called… SNOWBOARD


Published by admin under Travels

U zarania dziejów

W 1964 roku niejaki Shermann Poppen, mieszkaniec stanu Michigan USA, postanowił połaczyć dwie narty w jedność. I jak to już bywa, kiedy dwie połówki łączą się w parę z miłości, powstaje zawsze coś pięknego. Nie przewidział burzy i rewolucji jaką wywoła ten mariaż w sercach niepokornych nastolatków i nietylko, ale przyczynił się do tego, że niektórzy (np. Ja) nie wyobrażają sobie teraz życia bez możliwości przypięcia deski i pośmigania po śniegu (wynalazcy śniegu nie znam, ale musiał mieć facet/kobieta łeb). Górskie bezdroża wysokich gór szybko opanowali parapeciarze (nie mylić z miłośnikami boazerii), którzy wprowadzili niemały chaos wśród tradycjonalistów w twardych jak kamień butach (sam kiedys się do nich zaliczałem).

Ta historia, pokazuje idealnie sedno postępu i ewolucji. Po zejściu z drzewa, kiedy człowiek opuścił królesto małp, wyprostował się, napełnił brzuch, ukradł ogień Bogom, poczuł potrzebę szybkiego się poruszania się. Wymyślił narty, ale zrażony niedogodnościami i chęcią poprawy świata ewoluował w kierunku rozwiązań idealnych (zobaczymy co bedzie dalej, choć myślę, że Darwin wie co robi…).

Jako, że od zawsze jestem homosapiens szybko podłapałem idee i jak to w powiedzeniu o śliwce i kompocie od kilku lat nie mogę się uwolnić od snowboardowego nałogu (i wcale nie chcę). Początki były ciężkie, bo uczyłem się sam. Można by stworzyć słownik określeń wulgarno-niekulturalnych na podstawie tego co wychodziło z moich usta na stokach włoskich Dolomitów, kiedy to enigmatyczna deska nie chciala wykonywać moich poleceń (ja swoje a ona mną o glebe J - you know what I mean…) . Później było już lepiej, góry słowackie i polskie (tak są takie) opanowałem perfekcyjnie. Na pierwszym roku studiów moje ego zostało silnie nadszarpnięte przez pewnego jegomościa, który podawał się za instruktora. Szybko sprowadził mnie do ziemi udowadniając, że moja technika… w zasadzie to brak mi techniki (znacie to uczucie, kiedy myślisz, że jestes Guru, ale Twoja teoria obraca się w pył w jednej sekundzie). Pozostała mi więc flaszka, sznurek… nie, nie, od tego momentu zaczalem sie uczyc na poważnie sztuki opanowywania deski…J Kolejne wyjazdy dawały dużo, ale poczułem, że więcej nie jestem w stanie się nauczyć. Pewnego wieczoru znalazłem na GoldenLine grupę o desce i załozyłem wątek o kursach instruktorskich. 2gi stopień sprawności PZSnow okazał się w zasięgu ręki, szkola signX namierzona, zaliczka wpłacona. W dużym skrócie po 3 miesiącach od pierszego postu siedziałem już w pociągu z dopiero co poznanymi, podobnymi do mnie maniakami śniegu, człekokształtnymi… siedziałem już w pociągu do Wrocławia. Aby więc nie skończyć opowieści tutaj zwolnię na moment czas i… A poczytajcie sami…

Do Wrocławia

Wyjazd do austriackiego Kaunertal był z Wrocławia, miasta domu szkoły SignX, z którą jechaliśmy. Nie wiem, który to raz, ale w mojej opowieści pojawia się nasz ukochany przewźnik pociągowy, elektryczny PKP. Zapakowani do wagonu bez przedziałów oddajemy się błogiemu pogłosowi kołysającego się pociągu. Siedzimy, jedziemy, jemy, siedzimy, gadamy, śpimy, jedziemy wrrrttt: ?UWAGA: z przyczyn niezależnych od PKP pociąg ?NAZWA? przybędzie do stacji Wrocław Główny z okolo 50 minutowym opóźnieniem?. Miłe towarzystwo, wygody IC, ale nie mogliśmy pozwolić sobie na komfort takiego spóźnienia, bo autokary, które miały nas zabrać do Austrii, już czekały i grzały silniki. Czas działał na naszą niekorzyść (sytuacja niczym ze Szklanej pułapki z Brucem W… ). Wysiedliśmy na przedmieściach Wrocka i udaliśmy się na przystanek tramwajowy. Godzina 23.30, jest ! ostatni tramwaj i to w dodatku dowiezie nas na samo miejsce zbiórki. Zadowoleni ładujemy się do środka i jedziemy…, stoimy i jedziemy… i stajemy i stoimy. Kierowca otwiera drzwi, zamyka, znów otwiera, jedne zamyka, otwiera inne, nie jest dobrze w końcu otwiera i zapala awaryjne… klniemy w rytm migotania świateł nocnego, bawiącego się Wrocławia (piękne miasto). Oddajemy nasze bagaże taksówkarzowi i piechotą, na czuja, udajemy się na miejsce zbiórki (God bless Google Maps). Jesteśmy… nie odjechali…

Pakujemy się, wsiadamy w środku ?jedna flaszka, druga flaszka i też trzecia, kurde bele…?, kilka filmów “promo” z wyczynami profesjonalistów, cyk jesteśmy na miejscu. Śnieg jest, jest pięknie…

Kaunertal ? Dzień 0

Ostatni dzień luzu spędziliśmy na rozlokowaniu w apartamentach (ok. to słowo okazuje się ma różne znaczenie w różnych szerokościach geograficznych) i integracji z resztą załogi. Będzie ciężko, 5ciu chłopów na urlopie w 40m2 góralskiej chaty… Po wieczornej imprezie mój słownik poszerzył się o kilka zwrotów. Dowiedziałem, się jak się ogarnia 50/50 na frirajdzie mając fun z luzakami itp.

Kaunertal ? szkolenie

Żeby dostać wymarzony papierek (pierwszy z trzech) czekło nas 6 dni pracy z instruktorami. Wszyscy spragnieni szybkiej jazdy, zrewidowaliśmy swoje zapały, kiedy okazało się że: 1. Napierw rozgrzewka (kurde wcześniej za rozgrzewkę służył grzaniec), 2. Później grzanie tyłkiem stoku i naśladowani ruchów istruktora: ?…prosze Państwa oto skręt ślizgowy rotacyjny… o prosze, źle!!! Gdzie ta ręka Ci tam lata, nogi ugnij, wyprostuj się, szybciej, wolniej, dokładniej !!? I tak przez 6 dni od rana do 13.30 na stoku obok mieniącego się w słońcu i mgle czasami snowparku, który kusił nasze oczy i deski J po przerwie dalsza jazda (już bez instruktora) i ćwiczenie techniki… Tak nie ma to jak uczyć się na urlopie, ale jak uczysz się czegoś co lubisz, to zupełnie inna nauka… Po powrocie do apartamentów wieczorem, co wieczór podobny schemat: kąpiel, jedzenie, imprezka to tu to tam albo spotkanie i spaćććć. Nie było czasu na odpoczynek, nadrobie w pracy…

W podobnym klimacie mijały kolejne dni, podczas którch co raz więcej umieliśmy. Zdarzały się dodatkowe atrakcje w postaci zawodów na slalomie. Nie wygrałem, ani nie byłem nawet blisko więc nie bede rozwijał tematu. W każdym razie wyglądało to PRO a na każdego zawodnika czekał na mecie niespodziewany rozgrzewacz… Dwa razy nakrecliśmy film (videocoaching) z naszymi postępami (czasem ich brakiem) w jeździe i po ciężkim dniu analizowaliśmy naszą jazde na ekranie. Dużo można wbrew pozorom pośmiać się i nauczyc na podstawie tych kilku sekund ( że niby ten w zielonym to ja …?). W owładniętym marketingiem świecie, nie mogło również zabraknąć akcentu sponsorskiego na wyjeździe. O dobre humory i element grzewczy zadbał producent Żołądkowej Gorzkiej, który zorgranizował nam warsztaty barmańskie…O ile pamietam przepis to: lód,ogórek,lód,ogórek zalane: żołądkową 50ml, sokiem z cytrny 10ml, sokiem ananasowy 20ml… nazwy nie pamiętam, ale działa i smakuje J Romantyczne zdarzenia zjawiają się również w górach. Otóż pewien Kolega postanowił wyznać dozgonną miłość wybrance swojego serca na wysokości 3250m. Ze snowboardem pod pachą, w pełnym ekwipunku oświadczył się swojej wybrance (skąd wziął pierścionek nie wiem, ale była plota, że został on zrobiony z kawałka wiązania snowboardowego. Gratulacje i powodzenia!

Coś, co nadal nie daje mi spokoju, to zjawisko austriackich krów a dokładnie sposobu ich hodowli. Przez szybę w oborze, zauważyłem, że krowy mają ogony przywiązane sznurkiem do sufitu. Hmm, czyżby te sznurki to cos w rodzaju przycisku: ?Beeeep, jestm głodna?? Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że sznurki są po to, żeby krowy nie brudziły się same, swoimi odchodami… ale to tylko hipoteza laikaJ Ostatniego dnia pobytu w naszej wiosce, postanowiliśmy sprawdzić jak bawią się lokalesi. Wybralismy lokal (jeden z dwóch) i uderzyliśmy całą grupą. W myśl starego amerykańskiego przyszłowia, że ?what happens in Vegas stays in Vegas? powiem tylko tyle, że parkiet był nasz, stoły też, rury też a na końcu odegraliśmy się w footballza nasze narodowe porażki na prawdziwej murawie (rozgrywka odbyła się oczywiście na stole do piłkażyków, ale cóż cel został osiągnięty, zemsta słodkaJ)

Czas powrotów

Ostatni dzień, czyli ten, którego najbardziej nie lubię zakończyliśmy pakowaniem i wyjazdem do Polski. Podróż do Wrocławia minęła szybko. Zostałem jeszcze na weekend w tym pięknym mieście i w asyście siostry przemierzyłem miasto dniem i nocą J Później powrót do Wawy (odziwo PKP się tym razem spisało). Pozostają piękne wspomnienia i zdjęcia, które niebawem tutaj zamieszczę do oglądania.

W mojej głowie juz planuję kolejny wypad, w celu zdobywania kolejnych stopni i wymarzonego instruktora. Tego co było w naszym Vegas, nie da się dokładnie opisać i dlatego jedyne co zostało do powiedzenie to, że tej relacji to ?koniec i bomba, a kto nie był z nami w Kaunertal, ten trąba…?

97 responses so far

Oct 13 2009

Spóźniona relacja, na (nie)ŻYWO…


Published by admin under Chorwacja2009, Travels, Uncategorized

Jak można było się domyślić, nie udało mi się pisać w trybie rzeczywistym tej relacji. Postaram to nadrobić jednym dużym wpisem, stąpając już po twardym gruncie przewracany przez zimny wiatr i gnieciony brakiem słońca. Zapraszam na krótką relację z wyjazdu w trybie ?NA (nie)ŻYWO?.

Etap 1. Dotrzeć na Śląsk

Wiadomo, że schody to bardzo przydatny wynalazek. Moje zaczęły się już w Warszawie przy kasie naszego narodowego Przewoźnika kolejnowego o wspaniałej tradycji i historii. Otóż chcąc zdobyc bilet do Tychów, okazało się, że w skutek podziału PKP na Intercity i Przewozy Regionalne nie mogę spokojnie dostać biletu łączonego. Pośpieszny do Katowic ? ok, dalej osobowy i tutaj schody stają się co raz bardziej strome. Nie wiem o ktorej godzinie (co do minuty) odjeżdza osobowy z Katowic więc Pani nie chce sprzedać mi takiego biletu. Każe lecieć do Informacji, co lekko zirytowany, że nie mogę otrzymać takiej informacji na miejscu, robię i wracam do kasy (innej). Kupując bilet powtarzam: ?osobowy - 17.26? a Pani, że jej taka informacja przecież niepotrzena, bo bilet jest ważny przez pół doby? Uśmiawszy się udałem się na peron. Tam szybko uśmiech zamienił się w kolejny grymas ? opóźnienie 20 min. Ostatecznie z 45 min opóźnieniem wyruszyłęm w drogę. Katowice ? miasto o najbardziej tajemniczym Dworcu PKP w Polsce. Nie wiem czy inwestycje poczynione tam od czasu jego zbudowania znacznie różnią się od wartości 0 PLN. Zapachy ciekawe, coś jakby do kebaba dolać trochę moczu. W Tychach zachodnich zostałem odebrany przez ekipę, z którą to samochodem pognaliśmy dalej na południe. Na miejsce dotarliśmy sprawnie i szybko, to chyba za sprawą Kolegi, który zdaje się być ukrytym krewnym naszego narodowego ?Wieszcza? Formuły 1?

Etap 2. Chorwacja ? Żeglowanie

Poranek w Chorwacji powitał nas pieknym słoncem. Zmęczeni pojechaliśmy zobaczyć panoramę Dubrovnika, który był pierwszym portem, skąd wyruszyliśmy w rejs.

26.09 Dubrovnik

DubrovnikW miejscu, gdzie góry schodzą do morza znajduje się opisywane przez Byrona i Bernada Shawa tajemnicze miasto Dubronvik. Marmurowe chodniki, wąskie uliczki (uwaga ślisko) pełne turystów, małych restauracji a także dowodow życia lokalnych mieszkańców (pranie rozwieszone między balkonami to tutaj chleb powszedni) towrzą swoistą charakterystykę tego Śródziemnomorskiego rejonu, który w połączeniu z brakiem pośpiechu, wszechobecnym uśmiechem pozwalają poczuć się przez chwilę jak w innym Świecie, daleko od hałasu i pośpiechu wielkomiejskich metropolii (eh koniec marzeń).

Chorwacja 200903Po zmiane załóg na jachcie z mariny udalismy się do centrum. Po krótkim spacerze po starej częsci miasta postanowiliśmy sprobować lokalnego piwa. Wybór jest niemały ale prym wiodą dwa trunki chmielowe Karlovacko i Ożujsko. Oba można kupić z listrowych i 2 listorowych plastikiach, co też uczyniliśmy i zasiedlismy delektować się nim na skałach wybrzeża podziwiając… miasto i morze. W miedzy czasie spotkalismy też Pana z restauracji, który jak co raz wieksza ilosc lokalsów: ?Dla Polaków wszystko?, dał nam dobrą ofertę na kalmary (lokalesi zwą je ?Lignije?) + lokalne wino z przystawką. Skorzystaliśmy i najedzeni wróciliśmy na łódkę. W zasadzie w tym miejscu powinienem zakończyć opis pierwszego dnia ze względu na awersję do tworzenia złego wizerunku polskich turystów za granicą :D ale co tam, w skrócie było tak:

Rozsiedliśmy się wygodnie na pokładzie i zaczęliśmy w miłym towarzystwie ?delektować się czystym chorwackim powietrzem?. Minęło trochę czasu na opowieściach ale, że słońce wymęczyło nas zdecydowanie niektórym z nas zachciało się wypróbować lokalny basen. Szybka akcja z uśmiechem na ustach wskoczyliśmy do wody. Przypadkowym gościom z poblisikiej restauracji szybko zostało uświdomione, w języku niemieckopodobnym z jakiego kraja pochodzimy i kim jesteśmy (niekuturalnie jest bowiem przyjść do towarszystwa niemówiąc nic o sobie :P po dość długiej kompieli niektorzy z nas postanowili spróbować swoich sił przeciwko betenowemu pomostowi, który okazał się zdecydowanie twardszy niż niektórzy się spodziewali J Ok. To koniec dnia pierwszego, powiedział Cenzor.

27.09 Mljet, Okuklje

Chorwacja 200913Rano w dobrych humorach, zintegrowani wyruszyliśmy na podbój morza. Sprawdziło się od razu powiedzenie, że Polakowi zawsze wiatr w oczy i w ruch poszedł silnik i autopilot. Takie regaty na DieselGrocie J Podziwiamy okoliczne lądy, wyspy i krajobrazy zachłyśnięci dzikością miejsca. Dzień minął szybko. Pod wieczór docieramy na wyspę Mljet do małej zatoczki, gdzie z brzegu sciąga nas machaniem Pan, który twierdzi, że u niego możemy za darmo zacumować. Za darmo oznacza tyle, że jesteśmy nieoficjalnie zobligowani do odwiedzenia jego restauracji. Po kolejnej degustacji kalmarów, wysłuchania kilku narodowych pieśni DiscoChorwato wracamy na łódkę. Jest ciemno, bo Pan nie poinformował nas, że póki co zdążył jedynie zbudować pomost a na prąd i światło nie starczyło pieniędzy. Wieczór minął znów przyjemnie i obrodził w 2 ryby, które udało się złowić nadwornym Rybakom. Czy smaczne ryby to nie wiem, nie próbowaliśmy :P

28.09 Zuljana >> Lumbarda, Korcula

Odpłynęliśmy rano i skierowaliśmy się ku zatoce przy mieście Zuljana celem podziwiania podwodnych krajobrazów. Wskoczyliśmy w pianki i wyposażeni w sprzęd do snorkowania (rurka, maska i płetwy) niczym komando foki wskoczyliśmy do wody. Najpiękniejsze są zawsze pierwsze razy, dlatego po zanurzeniu głowy nie wiedziałem na czym skupić uwagę. Podwnodne skały o różnorodnych kształtach, kolorowe ryby, jeżowce i inne żyjątka otoczone roślinnością zaabsorbowały naszą uwagę na dłuższą chwilę. Wydawało mi się, że widziałem też wrak Titanica, ale może mi się tylko wydawało… Po tej przygodzie odpłynęliśmy w kierunku wyspy Korcula i miejscowości Lumbarda na nocowanie. Szybki wyskok do Korculi celem odtransportowania do szpitala poszkodowanej w walce z pomostem skończył się zwiedzaniem. Był też akcent emocjonalny. Tam pierwszy raz zobaczyłem JĄ… ?Queen K? w całej jej okazałości. Piękna motorówka, której nie powstydził by się nawet sam Puff Daddy. Miłość od pierwszego spotkania. Później dowiedizałem się, że sprzęt ten należy do najbogatszego Rosjanina i jest wartk około 116 mln dolców :/ kiedyś sobie kupie… Miasto bardzo piękne, taka miniaturka Dubrovnika. Po powrocie na łajbę przygotowaliśmy kolację (Chateua de konserwa) i po mniej lub bardziej wysublimowanej rozmowie poszliśmy spaćććć.

29.09 Sv Klement, marina Parmizana

Po zwiedzeniu mariny i zażyciu kompieli pod prysznicami w sanitariacie (ciepła woda) spędziliśmy wieczóre miło i spaćććć.

30.09 Hvar, Hvar >> Split

Chorwacja 200920Kolejny dzien podziwiania widoków, pięknego słońca. Udało się wprawić żagle w ruch i halsując to tu to tam dopłynęliśmy do Hvaru. Sterowanie łódką nie jest takie trudne. Duże koło, prędkość prawie jak w F1 :P Okazało się, że nie możemy przycumować przy kei i w ruch poszedł ponton. Dwóch najbardziej doświadczonych członków załogi niczym nasza olimpijska dwójka bez sternika wypuściła się pontonem w kierunku lądu celem zacumowania. Powiem tam, olimpiady byśmy nie wygrali tym wyczynem… Po całej operacji ruchem wahadłowym przetransportowaliśmy się na ląd i poszliśmy zwiedzić Hvar. Piękne miasto, nieco inne niż pozostałe. Szybkie zakupy, trochę zdjęć i powrót do łódki. Znow pojawił się element uczuć. Moja ?Queen K? nie wiedzieć czy specjalnie również postanowiła odwiedzić Hvar…

koszulkaPo tym doświadczeniu wypłynęliśmy w kierynku Splitu, gdzie w Marinie zatrzymaliśmy się na nocowanie. Mimo charakterystycznego fetoru kanalizacyjnego podziwialiśmy deptak, wąskie uliczki i stare, zalane kiedyś przez wodę mury stareje częsci miasta. Nocą wygląda to zdecydowanie klimatycznie. Żądni kalmarów udaliśmy się do sprawdzonej wcześniej przez niektórych knajpy. Uczciwa porcja Lignijów (kalmarów), kufel Karlovacka i z pełnymi brzuchami wracamy na łódkę w celu dalszej balangi. Impreza była, było miło i spaććć!

01.10 Trogir

Rano tankowanie (całkiem ciekawa operacja podejścia do kei prawą burtą), bo DieselGrot również był spragniony napoju udajemy się dalej.

Docieramy do Trogiru, gdzie wyczytaliśmy w Lonely Planet, że można cumować przy samym starym mieście. Owszem można, ale bardzo szybko Pan kierownik portu poinformował nas, że taka przyjemność kosztuje (niemało). W myślach pokazując mu środkowy palec postanowiliśmy go przechytrzyć. Nasz wprawny sternik podpłynął do pomostu, delegacja wykosczyła niczym Tom Cruise w Mission Impossible na ląd. Nie mogliśmy sobie pozwolić na brak postoju bo skończyło nam się jedzenie, napoje i… NAPOJE… Dumni z siebie zwiedziliśmy przy okazji część miasta (podobne do reszty), wróciliśmy na łajbę i udaliśmy się w kierunku kolejnej mariny na nocleg.

Rogoznica, marina Frapa

Chorwacja 200910Marina Frapa okazała się najbardziej ?Światowa? jak do tej pory. Poszliśmy na spacer (niektórzy z nas postanowili wykorzystać do tego darmowe rowery). Zobaczyliśmy piękny basen (niestety zamknięty, zapierajce dech w piersi, położone w niecce, otoczone skałami jezioro (skoczyć się nie udało :P) i powodująca, jak się okazało spory, wielka szachownica. Niczym dzieci z podstawówki rozegraliśmy kilka partii w warcaby i wróciliśmy na łódke w celu zaliczenia wieczoru kapitańskiego. O ile dobrze pamiętam przy hiciorach Michaela Jacksona, Marylki Rodowicz i innych wokalistów raczyliśmy się ?czystym chorwackim powietrzem?. Okazało się, że nasz Kapitan ma ukrytą w sobie duszę jamajskiego Rastafarianina i jeszcze kilka innych rzeczy. Próbowaliśmy swoich sił w kalamburach. Nasz plan długiej gry spalił na ?panewce? i ?chemii gospodarczej?… eh tańce prawie do białego rana… rywlizację w ?spożywani czystego chorwackiego powietrza? wygrał nasz nadworny ?Kopacz betonowych pomostow? ? rispekt. Neptun postanowił nas pokarać za zakłucanie ciszy nocnej silnym nocnym wiatrem przez co nocy nie mogliśmy zaliczyć do udanej.

02.10 Murter, Jezera - META

Ostatnia marina, w której oddawaliśmy naszą Baravkę. Ze smutkiem na twarzy towarzyszyliśmy pewnemu pracownikowki firmy charterowej, który sprawdzał, czy nie zdewastowaliśmy mu sprzętu. Po krótkiej dyskusji udaliśmy się na ostatnie w tym roku chorwackie Lignije. Na wizytę w konkretnej restauracji skusił nas pewien wylewny kelner, który przedstawił się jako pół-Polak. Zamówiliśmy jedzenie i miło spędziliśmy czas na opowieściach i wspominkach. Po jedzeniu nasz Kelner przyznał się, że nas oszukał co do swojej narodowości, ale zapomnieliśmy o tym, kiedy podał nam chorwacki narodowy trunek o wdzięcznej nazwie i mniej wdzięcznym smaku Travarica. Niektórym smakował bardzo… Dowiedzieliśmy się również od niego co ceni w życiu najbardziej ?tylko miłość? wyrecytował piękną polszczyzną. Miał duuuużo racji J Wróciliśmy na łódkę i szybko położyliśmy się spać, bo rano czekał nas najsmutniejszy etap, powrót do domu.

Etap 3. Powrót

Rano pakowanie, zakupy i w drogę. GPS ustawiony i jedziemy. Jak na złość zaczął wiać silny wiartr (Bora się zowie) przez co samochodem rzucało na wszystkie strony. W drodze zatrzymaliśmy się na ?Prażeny Syr? w Czechach i około 22 byliśmy w PL. Dla większości Śląsk był ostatnim etapem podróży, ja musiałem jeszcze dostać się do Stolicy ? praca wzywa:/ Pociąg jechał całą noc i rano dotarłem do domu i SPAĆĆĆĆĆ nareszcie w swoich łóżku.

Trudno podsumować cały wyjazd. Dużo opisałem, wiele pominął specjalnie lub przez przypadek. Myślę, że wszyscy zadowoleni tak jak ja, opalni musimy teraz zmierzyć się z nagłą zmianą aury… bleee i powrotem do rzeczywistości. Zderzenie światow. Cóż teraz pozostają wspominki, przez jakis czas brązowa skóra i garstka zdjęc dostępnych tutaj, tutaj(Ania) i tutaj(Dagmara). Bez zastanowienia mogę stwierdzić, że więcej takich wyjazdów! Mam nadzieję, że uda się jeszcze kiedyś odwiedzić piękne rejony Śródziemnomorskie z taką fajną Załoga. Nie przedłużam tego więc AHOJ Polishen Banditen i do spotkania !

Bardzo przepraszam za błędy redakcyjne, stylistyczne i ortograficzne. Powstały one z winy mojej i moich wielu nauczycieli polskiego na różnych etapach mej edukacji.

44 responses so far

Sep 25 2009

Jeszcze trochę słońca w Chorwacji na rejsie - relacja


Published by admin under Chorwacja2009, Travels

Flaga_ChorwacjaNie było czasu tym razem, żeby zacząć relację w odpowidni sposób. Nie opiszę więc jak wyglądały przygotowania do drogi, bo wyglądały on bardzo spontanicznie i bez większej filozofii. Praca i życie pochłonęło tyle czas i uwagi, że za przygotowanie musiał wystarczyć mi przewodnik Lonely Planet (całkiem dobrze napisany swoją drogą) oraz wczęsniejsze doświadczenia żeglarsko-podróżnicze.

Każdy wyjazd jest dla mnie możliwością do poprawy mojej bardzo ograniczonej, na skutek licealnej ignorancji paru przedmiotów, wiedzy na temat historii, kultury i geografii danego regionu świata. Tak też było tym razem, kiedy po lekturze kilku pierwszych stron przewodnika rzeczywiście dowiedziałem się, że Chorwacja to bardzo zróżnicowany kraj pod wieloma względami. Rozjaśniła mi się kwestia przyczyn i tła wojny domowej w byłej Jugosławi, roli Serbii, Bośni i Chercegowiny, oraz sylwetka znanego jedynie z kartkówek z historii dyktatora Tito. Aż wstyd się przyznać jak mało wiedziałem o tym bratnim dla Polski Kraju dzwigającym tak długo z nami do spółki brzemię komunizmu.

Chorwacja jest krajem niewielkim. Nieznaczenie ponad 4 mln mieszkańców tego kraju trudni się głównie turystyką, która o ile pamiętam stanowi około 30% PKB tego śródziemnomorskiego Imperium. Ciekawie położony na Bałkanach region był kiedyś celem najzdów Rzymia, Fenicjan, Turków, Węgrów, Austriaków, Francuzów, w końcu ponownie Włochów. Dzięki przechodzącej pałeczce władzy Kraj ten charakteryzuje różnorodność widoczna w kulturze, architekturze, sposobie życia, jedzenia a także politycznych dążeniach poszczególnych regionów. Zachodnia Dalmacja i Istria, region położone wzdłuż wybrzeża to rejon o kulturze śródziemnomorskiej. Ludzie tutaj są bardziej zdystansowani, piją więcej wina i ubóstwiają oliwę z oliwek. Śródlądowa Slavonia z Zagrzebiem, to rejon bardziej konserwatywny o przeważających naleciałościach austriacko-węgierskich.

Chorwacja to najbogatszy region Bałkanów. Od wielu lat stara się wstąpić do UE, ale jej działania są restrykcyjnie prześwietlane przez oficjeli z Brukseli. Niechlubna historia dyktatorów i zbrodniarzy konfliktu domowego z 1990 roku, spowodowała, że Kraj ten musi starać się szczególnie mocno, by pokazać, że jest gotowy dołączyć do ‘cywilizowanej’ częscie Europy. Miejmy nadzieję, że w końcu ich starania zostaną wynagrodzone :)

Dubrownik_2680316A co ja będę robił w Chorwacji? Otóż zamierzam poznać ten kraj głównie od stronie linii brzegowej za pomocą wyczareterowanej na spółkę ze znajomymi i nieznajomymi łódce. W zeszłym roku była Pogoria, teraz czas na coś mniejszego. Czas znów przeżyć chorobę morską, tym razem pod żaglami jednostki o wdzięcznej nazwie Bavaria 36. Rejs rozpoczynamy od perły w koronie chorwackich miast - Dubrovnika, na samym południu Południowej Dalmacji. Bedziemy sie poruszać w kierunku północnym, zahaczając o wyspy, co ciekawsze porty i miasta.

Więcej póki co nie napiszę, bo nie wiem, ale w miarę możliwości będę się starał uzupełniać wpisy i galerię zdjęc dostępną tutaj. Wpisy na blogu dotyczące tego wyjazdu dostępne są pod tagiem #Chorwacja2009. Z góry przepraszam za błędy stylistyczne i orty :) Do przeczytania w kolejnych notkach! A teraz w drogę.

57 responses so far

Oct 14 2008

Hiszpania - listopad 2008 - Pogoria


Published by admin under Spain Pogoria 2008, Travels

flagaMoja pięcioletnia a właściwie sześcioletnia przygoda z edukacją wyższą zatrzymała się na etapie MGR. Jeszcze nie zdążyłem odetchnąć z ulgą i żalem za pozostawionym Poznaniem, a tu już trzeba zacząć myśleć co dalej, bo na koncie zaczyna świecić pustkami. Znów dziesiątki CVek poszły w ruch i polowanie się rozpoczęło. Zanim jednak od nowa wkręcę się w wir najprawdopodobniej warszawskiego życia, postanowiłem kontynuować rozpoczętą dawno serię wyjazdów. Będzie to idealny odpoczynek połączony z nowymi doświadczeniami, ludźmi i morzem, tym razem ciepłym bo południowym :)

Relacja z podróży jest tutaj

76 responses so far

Jul 02 2007

Warszawskie Lato 2007


Published by admin under Current

Większość już pewnie wie, że te wakacje spędzam w Stolicy produkując kawy, majonezy i słodycze. Elegancka koszula, zakaz bluz z kapturem i szerokich spodni ;/ , marynareczka itp. Dzisiaj był pierwszy dzień moich zmagań i już padam na twarz. Przypominają się od razu i cisną łzy w oczy ciężkie prace wakacyjne w USA i Irlandii z poprzednich lat. Tym razem nie będę już nucił pod nosem uspokajającego ‘FUCK!!’ a zamiast niego będę mógł po prostu wypowiedzieć nazwę najstarszego zawodu na świecie i wszyscy będą wiedzieli o co chodzi. Chociaż Wawa to nie NY czy Chicago to i tak codziennie będę korzystał z dobrodziejstwa zachodu czyli jedynej w Warszawie linii metra. Dzisiaj przy jednej ze stacji podczas powrotu z pracy natknąłem się na widocznego na zdjęciu Pana Żula. Niezłą baterię musiał przyjąć bo był tak ‘wygięty’, że niejeden gimnastyk zazdrościł by mu pewnie takiej gibkości… To tyle tym razem. Być może będą kolejne relacje jak nie przedawkuje Nescafe (śmiertelna dawka - 50 filiżanek).

Żul nie mylić z Bażulem

50 responses so far