Nov 25 2009
A crazy little thing called… SNOWBOARD
U zarania dziejów
W 1964 roku niejaki Shermann Poppen, mieszkaniec stanu Michigan USA, postanowił połaczyć dwie narty w jedność. I jak to już bywa, kiedy dwie połówki łączą się w parę z miłości, powstaje zawsze coś pięknego. Nie przewidział burzy i rewolucji jaką wywoła ten mariaż w sercach niepokornych nastolatków i nietylko, ale przyczynił się do tego, że niektórzy (np. Ja) nie wyobrażają sobie teraz życia bez możliwości przypięcia deski i pośmigania po śniegu (wynalazcy śniegu nie znam, ale musiał mieć facet/kobieta łeb). Górskie bezdroża wysokich gór szybko opanowali parapeciarze (nie mylić z miłośnikami boazerii), którzy wprowadzili niemały chaos wśród tradycjonalistów w twardych jak kamień butach (sam kiedys się do nich zaliczałem).
Ta historia, pokazuje idealnie sedno postępu i ewolucji. Po zejściu z drzewa, kiedy człowiek opuścił królesto małp, wyprostował się, napełnił brzuch, ukradł ogień Bogom, poczuł potrzebę szybkiego się poruszania się. Wymyślił narty, ale zrażony niedogodnościami i chęcią poprawy świata ewoluował w kierunku rozwiązań idealnych (zobaczymy co bedzie dalej, choć myślę, że Darwin wie co robi…).
Jako, że od zawsze jestem homosapiens szybko podłapałem idee i jak to w powiedzeniu o śliwce i kompocie od kilku lat nie mogę się uwolnić od snowboardowego nałogu (i wcale nie chcę). Początki były ciężkie, bo uczyłem się sam. Można by stworzyć słownik określeń wulgarno-niekulturalnych na podstawie tego co wychodziło z moich usta na stokach włoskich Dolomitów, kiedy to enigmatyczna deska nie chciala wykonywać moich poleceń (ja swoje a ona mną o glebe J - you know what I mean…) . Później było już lepiej, góry słowackie i polskie (tak są takie) opanowałem perfekcyjnie. Na pierwszym roku studiów moje ego zostało silnie nadszarpnięte przez pewnego jegomościa, który podawał się za instruktora. Szybko sprowadził mnie do ziemi udowadniając, że moja technika… w zasadzie to brak mi techniki (znacie to uczucie, kiedy myślisz, że jestes Guru, ale Twoja teoria obraca się w pył w jednej sekundzie). Pozostała mi więc flaszka, sznurek… nie, nie, od tego momentu zaczalem sie uczyc na poważnie sztuki opanowywania deski…J Kolejne wyjazdy dawały dużo, ale poczułem, że więcej nie jestem w stanie się nauczyć. Pewnego wieczoru znalazłem na GoldenLine grupę o desce i załozyłem wątek o kursach instruktorskich. 2gi stopień sprawności PZSnow okazał się w zasięgu ręki, szkola signX namierzona, zaliczka wpłacona. W dużym skrócie po 3 miesiącach od pierszego postu siedziałem już w pociągu z dopiero co poznanymi, podobnymi do mnie maniakami śniegu, człekokształtnymi… siedziałem już w pociągu do Wrocławia. Aby więc nie skończyć opowieści tutaj zwolnię na moment czas i… A poczytajcie sami…
Do Wrocławia
Wyjazd do austriackiego Kaunertal był z Wrocławia, miasta domu szkoły SignX, z którą jechaliśmy. Nie wiem, który to raz, ale w mojej opowieści pojawia się nasz ukochany przewźnik pociągowy, elektryczny PKP. Zapakowani do wagonu bez przedziałów oddajemy się błogiemu pogłosowi kołysającego się pociągu. Siedzimy, jedziemy, jemy, siedzimy, gadamy, śpimy, jedziemy wrrrttt: ?UWAGA: z przyczyn niezależnych od PKP pociąg ?NAZWA? przybędzie do stacji Wrocław Główny z okolo 50 minutowym opóźnieniem?. Miłe towarzystwo, wygody IC, ale nie mogliśmy pozwolić sobie na komfort takiego spóźnienia, bo autokary, które miały nas zabrać do Austrii, już czekały i grzały silniki. Czas działał na naszą niekorzyść (sytuacja niczym ze Szklanej pułapki z Brucem W… ). Wysiedliśmy na przedmieściach Wrocka i udaliśmy się na przystanek tramwajowy. Godzina 23.30, jest ! ostatni tramwaj i to w dodatku dowiezie nas na samo miejsce zbiórki. Zadowoleni ładujemy się do środka i jedziemy…, stoimy i jedziemy… i stajemy i stoimy. Kierowca otwiera drzwi, zamyka, znów otwiera, jedne zamyka, otwiera inne, nie jest dobrze w końcu otwiera i zapala awaryjne… klniemy w rytm migotania świateł nocnego, bawiącego się Wrocławia (piękne miasto). Oddajemy nasze bagaże taksówkarzowi i piechotą, na czuja, udajemy się na miejsce zbiórki (God bless Google Maps). Jesteśmy… nie odjechali…
Pakujemy się, wsiadamy w środku ?jedna flaszka, druga flaszka i też trzecia, kurde bele…?, kilka filmów “promo” z wyczynami profesjonalistów, cyk jesteśmy na miejscu. Śnieg jest, jest pięknie…
Kaunertal ? Dzień 0
Ostatni dzień luzu spędziliśmy na rozlokowaniu w apartamentach (ok. to słowo okazuje się ma różne znaczenie w różnych szerokościach geograficznych) i integracji z resztą załogi. Będzie ciężko, 5ciu chłopów na urlopie w 40m2 góralskiej chaty… Po wieczornej imprezie mój słownik poszerzył się o kilka zwrotów. Dowiedziałem, się jak się ogarnia 50/50 na frirajdzie mając fun z luzakami itp.
Kaunertal ? szkolenie
Żeby dostać wymarzony papierek (pierwszy z trzech) czekło nas 6 dni pracy z instruktorami. Wszyscy spragnieni szybkiej jazdy, zrewidowaliśmy swoje zapały, kiedy okazało się że: 1. Napierw rozgrzewka (kurde wcześniej za rozgrzewkę służył grzaniec), 2. Później grzanie tyłkiem stoku i naśladowani ruchów istruktora: ?…prosze Państwa oto skręt ślizgowy rotacyjny… o prosze, źle!!! Gdzie ta ręka Ci tam lata, nogi ugnij, wyprostuj się, szybciej, wolniej, dokładniej !!? I tak przez 6 dni od rana do 13.30 na stoku obok mieniącego się w słońcu i mgle czasami snowparku, który kusił nasze oczy i deski J po przerwie dalsza jazda (już bez instruktora) i ćwiczenie techniki… Tak nie ma to jak uczyć się na urlopie, ale jak uczysz się czegoś co lubisz, to zupełnie inna nauka… Po powrocie do apartamentów wieczorem, co wieczór podobny schemat: kąpiel, jedzenie, imprezka to tu to tam albo spotkanie i spaćććć. Nie było czasu na odpoczynek, nadrobie w pracy…
W podobnym klimacie mijały kolejne dni, podczas którch co raz więcej umieliśmy. Zdarzały się dodatkowe atrakcje w postaci zawodów na slalomie. Nie wygrałem, ani nie byłem nawet blisko więc nie bede rozwijał tematu. W każdym razie wyglądało to PRO a na każdego zawodnika czekał na mecie niespodziewany rozgrzewacz… Dwa razy nakrecliśmy film (videocoaching) z naszymi postępami (czasem ich brakiem) w jeździe i po ciężkim dniu analizowaliśmy naszą jazde na ekranie. Dużo można wbrew pozorom pośmiać się i nauczyc na podstawie tych kilku sekund ( że niby ten w zielonym to ja …?). W owładniętym marketingiem świecie, nie mogło również zabraknąć akcentu sponsorskiego na wyjeździe. O dobre humory i element grzewczy zadbał producent Żołądkowej Gorzkiej, który zorgranizował nam warsztaty barmańskie…O ile pamietam przepis to: lód,ogórek,lód,ogórek zalane: żołądkową 50ml, sokiem z cytrny 10ml, sokiem ananasowy 20ml… nazwy nie pamiętam, ale działa i smakuje J Romantyczne zdarzenia zjawiają się również w górach. Otóż pewien Kolega postanowił wyznać dozgonną miłość wybrance swojego serca na wysokości 3250m. Ze snowboardem pod pachą, w pełnym ekwipunku oświadczył się swojej wybrance (skąd wziął pierścionek nie wiem, ale była plota, że został on zrobiony z kawałka wiązania snowboardowego. Gratulacje i powodzenia!
Coś, co nadal nie daje mi spokoju, to zjawisko austriackich krów a dokładnie sposobu ich hodowli. Przez szybę w oborze, zauważyłem, że krowy mają ogony przywiązane sznurkiem do sufitu. Hmm, czyżby te sznurki to cos w rodzaju przycisku: ?Beeeep, jestm głodna?? Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że sznurki są po to, żeby krowy nie brudziły się same, swoimi odchodami… ale to tylko hipoteza laikaJ Ostatniego dnia pobytu w naszej wiosce, postanowiliśmy sprawdzić jak bawią się lokalesi. Wybralismy lokal (jeden z dwóch) i uderzyliśmy całą grupą. W myśl starego amerykańskiego przyszłowia, że ?what happens in Vegas stays in Vegas? powiem tylko tyle, że parkiet był nasz, stoły też, rury też a na końcu odegraliśmy się w footballza nasze narodowe porażki na prawdziwej murawie (rozgrywka odbyła się oczywiście na stole do piłkażyków, ale cóż cel został osiągnięty, zemsta słodkaJ)
Czas powrotów
Ostatni dzień, czyli ten, którego najbardziej nie lubię zakończyliśmy pakowaniem i wyjazdem do Polski. Podróż do Wrocławia minęła szybko. Zostałem jeszcze na weekend w tym pięknym mieście i w asyście siostry przemierzyłem miasto dniem i nocą J Później powrót do Wawy (odziwo PKP się tym razem spisało). Pozostają piękne wspomnienia i zdjęcia, które niebawem tutaj zamieszczę do oglądania.
W mojej głowie juz planuję kolejny wypad, w celu zdobywania kolejnych stopni i wymarzonego instruktora. Tego co było w naszym Vegas, nie da się dokładnie opisać i dlatego jedyne co zostało do powiedzenie to, że tej relacji to ?koniec i bomba, a kto nie był z nami w Kaunertal, ten trąba…?
